Właśnie zakończyłem moją roczną przygodę z klawiaturą i myszką bezprzewodową firmy Logitech, model S 530 Mac. Większej kupy złomu nie widziałem. Piszę teraz na klawiaturze tej samej firmy, ale przewodowej, model Ultra-Flat Keyboard. Myszka Hama Optical Mouse AM-4000, także przewodowa. Cena kompletu to niecałe 80zł. Różnica jest kolosana, na plus dla nowego zestawu. Okazało się, że jednak nie jestem dyslektykiem!
Cokolwiek Apple, Logitech, Microsoft czy inni producenci będą chcieli mi wmówić, akcesoria bezprzewodowe są w większości przypadków do dupy. Klawiatura i myszka są jednymi z najważniejszych urządzeń zewnętrznych. Tu nie ma miejsca na zawieszanie się, zacinanie, spowalnianie pracy, gubienie znaków czy wstawianie własnych. Po prostu.
Ta bezprzewodowa parodia trwa już kilka lat i służy tylko do wyciągania kasy z kieszeni naiwnych klientów. Klawiatura bezprzewodowa to wydatek ok. 400 zł, myszka bezprzewodowa to następne 400 zł. Za te pieniądze kupię nowego netbooka ASUS eeePC. Jak bedę chciał zaszaleć i wydać kasę na klawiaturę, kupię sobie klawiaturę wzorowaną na IBM Model M od firmy Unicomp. To kawałek solidnego żelastwa, które posłuży jeszcze wnukom.
A przy okazji mam poradę dla użytkowników komputerów Apple. Pracują one bez problemu z klawiaturami USB od pecetów. Po podłączeniu trzeba tylko przejść przez prostą procedurę rozpoznawania klawiatury i już możemy cieszyć się komfortem pracy lepszym niż w przypadku klawiatur Apple czy "dedykowanych" klawiatur innych producentów.
Jestem jednym z pierwszych w kolejce do obrony Apple, kiedy ktoś atakuje ich bez sensu, ale trudno mi bronić ich kiedy sami wystawiają się na krytykę i zdają się nie słuchać developerów. Tym razem chodzi oczywiście o developerów publikującyh na platformie iPhone. Nie pierwszy to raz Apple zachowuje się jak primadonna i przeszkadza innym w zarabianiu pieniędzy. Kiedyś już przegonili developerów z platformy Macintosh OS.(*) Teraz to samo powtarza się przy okazji platformy iPhone OS. Developerzy są sfrustrowani nie dlatego, że nie zarabiają milionów na swoich aplikacjach, ale dlatego, że Apple przeszkadza im zarabiać wogóle. Oto główne powody do narzekania:
Nie wiemy, kiedy nasze programy zostaną opublikowane w Apple iTunes App Store. Dlatego nie możemy zgrać dat publikacji naszych aplikacji z np. datami rozpoczęcia kampanii marketingowej klientów, którzy zamawiają u nas gry promujące ich markę. Nie możemy zaplanować tak prostych spraw jak publikacja gry związanej tematycznie z jakimś okresem lub datą. Nie wiemy czy aplikacja wakacyjna ukaże się w maju, czerwcu, a może w grudniu?
Nie mamy możliwości szybkiej publikacji aktualizacji w przypadku odkrycia błędów albo okresowych promocji. To uderza w naszą reputację.
Nie wiemy na jakich zasadach są przyjmowane, odrzucane i usuwane programy. Nie mamy żadnej gwarancji na to, że będziemy mieli szanse na odzyskanie zainwestowanych pieniędy.
Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie treści Apple chętnie widziałoby na swoich telefonach, ale już teraz są one dostępne przez przeglądarkę Safari, więc uciec się od tego nie da. Rozumiem, że sprawa jest bardziej skomplikowana, bo na przykład wydawcy muzyki albo Disney mogą mieć problem ze sprzedażą swoich produkcji obok pornografii czy innych treści uznawanych na 'niskie'. Kolejnym problemem jest znalezienie ludzi do kontroli takich treści. Trudno byłoby przecież znaleźć pracowników, którzy mieliby decydować o tym, która ze zgłoszonych aplikacji XXX jest dopuszczalna a która nie. Z drugiej strony ochotnicy do takiej pracy mogliby mieć subiektywne podejscie do takich treści.
Rozumiem to wszystko i staram się być wyważony w moich osądach nawet jeśli nie mogę rozpocząć marketingu zupełnie niegroźnych gier o tematyce związanej z Halloween, bo nie wiem kiedy zostaną opublikowane w App Store. Moje rozwiązanie jest proste, premiery moich aplikacji będą ukazywały się najpierw na platformie Google Android, gdzie ufa się developerom bardziej niż u Apple. Oczywiście znajdą się tacy, którzy nadużyją tego zaufania, ale wtedy ich aplikacje zostaną usunięte. Lista aplikacji, których Google nie życzy sobie w Android Market zajmuje jedną stronę formatu A4, Apple ma tych stron… (nie mogę napisać, bo tam wszystko tajne przez poufne…). I tak jest OK. Może nie idealnie, ale lepiej niż w Apple iTunes App Store, gdzie nieznany ktoś ma władzę nad wynikami mojej ciężkiej pracy. Może Android nie jest sexy, może musimy poczekać na urządzenia z procesorami 1GHz i procesorami medialnymi (Zii EGG?) aby ta platforma stała się poważną konkurencją dla iPhone OS w świecie gier, ale przynajmniej nie muszę się martwić o to, że już na samym początku ktoś chowający się za korporacyjną fasadą będzie mi odbierał możliwość zarabiania na mojej pracy.
A skoro wspomniałem już o pieniądzach… Apple płaci developerom i wydawcom po 3+ miesiącach od chwili, kiedy pobiera pieniądze od klienta, Google po… 24 godzinach. Jeżeli tylko Google nie zepsuje Android Market (a są dowody na to, że poprawia) i wyprostuje to, co krzywe w Google Checkout, developerzy pokochają Androida ze stratą dla Apple.
(*) Apple faworyzowało w latach 90-tych niektórych developerów, nie słuchało innych i niemrawo rozwijało system operacyjny, co doprowadziło do rewolty wśród developerów oraz przejście wielu z nich na platformę Microsoft Windows. Ten problem dotyczył nie tylko Apple. Jednym z mało znanych powodów, dla których np. Amiga przepadła w pomroce dziejów było faworyzowanie developerów jednego z programów do DTP do tego stopnia, że za cenę konkurowania z Macintoshem na rynku DTP Commodore wstrzymywał się przed dokonywaniem zmiany w kodzie systemu operacyjnego i ROM-ach komputerów. Działo się to w czasach przed dystrybucją aktualizacji oprogramowania przez Internet więc duzi wydawcy oprogramowania na Amigę naciskali Commodore bo musieliby wtedy wydać dużo pieniędzy na wysyłanie dyskietek z aktualizacjami. Podobne problemy miało Apple. Z jednej strony oczekiwano postępu, z drugiej nie było chętnych do ponoszenia kosztów tego postępu. Takie są skutki faworyzowania jednych developerów i ignorowania innych. Teraz to samo może się stać z ekosystemem iPhone, bo nie da się ukryć, że Apple faworyzuje niektórych developerów i wydawców, których aplikacje mają skróconą ścieżkę do App Store.
Kto ze mną rozmawiał, wie że nie lubię piratów. Zawsze starałem się odnaleźć legalną ścieżkę do tego, co chciałem mieć lub robić, więc idących na skróty nie lubię. Lubię tych, którzy tworzą coś nowego, nie tych którzy cwaniakują, bo nikt ich nie złapał. Wiem, że to się nie wszystkim podoba, ale trudno--niedługo będę miał 40 lat i mam prawo zacząć zachowywać się jak stary pierdziel. Ale nie o tym dziś chcę pisać. Wręcz przeciwnie, piratom ten tekst powinien się spodobać. Bo dość mam zmuszania mnie do wyboru: woź ze sobą ciężkie książki albo bądź piratem. Coraz więcej wydawnictw udostępnia swoje publikacje w postaci elektronicznej, ale blokuje dostęp do nich osobom z Polski. To nie ma sensu, bo te same książki w postaci papierowej mogę kupić od Amazon.com… Wiem, że to są dyrdymały i większość osób po prostu sciąga sobie nielegalne kopie książek z netu, ale ja wolałbym mieć do nich oficjalny dostęp. Tak. Wiem. Czasami ciężko nie być piratem…
To pytanie pojawia się co jakiś czas na Blipie, zwykle w towarzystwie #facebook, #nk, albo #iphone. To zrozumiałe, że użytkownicy chcieliby mieć dostęp do portalu w sposób, który jest wygodny dla nich samych. Z punktu widzenia programisty nie jest to też trudna sprawa, pod warunkiem, że będzie dostępny tzw. API, czyli interfejs programistyczny. Takiego jednak Nasza Klasa na razie nie oferuje.
Programiści mogliby co prawda napisać program, który wyłuskuje ze stron Naszej Klasy szukane informacje, ale sposób ten jest zawodny i pracochłonny. Tak więc na razie nie ma co liczyć na odpowiedniki aplikacji Facebook na iPhone.
Pozwoliłem sobie opublikować komentarz do wpisu na blogu Appgamer dot. piractwa aplikacji na iPhone. Tu go zacytuję razem z obrazkiem, który się nie wkleił na blogu:
iPhone jest trochę jak BMW, wielu chce go mieć, niewielu stać na kupno, utrzymanie i serwisowanie bo nie mają kasy na pokrycie całkowitego kosztu posiadania takiej zabawki. Więc radzą sobie ludzie jak mogą, tu oszczędzą, tam ukradną, tu coś przysztukują. I tak jakoś się żyje ‘na niby,’ ważne że można przyszpanować przed tymi, którzy też by chcieli a nie mogą. Piszę aplikacje na iPhone i mam bardzo proste podejście do tematu piractwa, interesują mnie tylko Ci, którzy płacą. Piraci mnie nie obchodzą; nie mają mi nic do zaoferowania, ja też nie mam im nic do zaoferowania. Jest taki rysunek, który lepiej wyraża to co myślę niż to co potrafię napisać:
Jeżeli to kogoś obraża, trudno, jak ktoś nie chce zapłacić $0.99 za grę tylko kombinuje jak ją ukraść nie szanuje nie tylko autora gry, ale i siebie. Czy piraci zastanawiali się kiedyś nad tym, że w ten sposób ustalają swoją stawkę godzinową na poziomie $0.99 ~ $0.49 za godzinę. Coś na poziomie przebierania śmieci w Chinach lub Indiach.
Co za tydzień! Apple odrzuca program Google Voice z iTunes App Store, Eric Schmidt odchodzi z zarządu Apple, a Techcrunch drąży sprawę niepisanej umowy między Apple i Google o nie podbieraniu sobie pracowników (wg. anonimowego źródła firmy zgodziły się nie występować z ofertami pracy, ale nie miały nic przeciwko rozmowom z pracownikami drugiej strony gdyby Ci poprosili konkurenta o pracę). Sprawą zajmuje się Departament Sprawiedliwości USA, ale wydaje się to zbędne, bo po odejściu Schmidt'a i zamieszaniu z Google Voice rękawice poszły w kąt i zaczęła się walka na pięści, czyli czysty zdrowy kapitalizm znów weźmie górę nad niepisanymi "dżentelmeńskimi umowami."
A tymczasem Wired przypomina kulisy zastrzyku w wysokości 150 milionów dolarów, jaki Apple dostało od Microsoftu w 1997. Oficjalnie Apple zgodziło się na:
wymianę licencji na różne technologie (QuickTime...).
umieszczenie przeglądarki Internet Microsoft Explorer jako domyślnej w systemie Mac OS.
Microsoft zgodził się na:
opracowanie nowych wersji Microsoft Office for Mac przez następnych pięć lat.
zainwestowanie 150 milionów dolarów w akcje Apple bez praw do głosowania.
To było wtedy, gdy dział Microsoft Office for Mac był w Microsofcie częścią działu rozrywki i sprzętowego (E&D, Entertainment & Devices) zajmującego się w 1997 r. produkcją takich cudów techniki jak Microsoft IntelliMouse i Microsoft Natural Keyboard (nb. najlepsza klawiatura jakiej używałem od czasów IBM Model M, wyleczyła mój Carpal Tunnel Syndrome). Nadal jest zresztą częścią tego działu, co można wyczytać z pewnej notki biograficznej na stronach Microsoftu.
Blogerzy uzupełniają ten artykuł przypominając mało znane fakty, które po raz kolejny udowadniają starą prawdę, że w biznesie nie ma sentymentów i nikt nikomu nie daje nic za darmo. Apple dodatkowo zgodziło się wycofać z sądów kilka pozwów przeciwko Microsoftowi o m.in. skopiowanie interfejsu użytkownika systemu Mac OS w systemie Microsoft Windows. Ale to nie jest najciekawszy pozew skierowany przez Apple przeciwko Microsoftowi. Znacznie bardziej interesujący jest pozew o kradzież kodu QuickTime. Firma Canyon, która pisała dla Apple wersję QuickTime for Windows sprzedała, łamiąc zapisy umowy z Apple, kod źródłowy Microsoftowi, dzięki czemu Video for Windows nagle zaczął przerzucać klatki wideo szybciej niż pan Janek w czasie szkolnego pokazu slajdów. Aby nie utracić obsługi multimediów w systemie Windows Microsoft zapłacił Apple za wycofanie tego pozwu sumę znacznie większą niż oficjalna inwestycja 150 milionów dolarów w akcje Apple. Nie żeby nie próbowałutłuc QuickTime przy okazji...
Od paru dni trwa w internecie idiotyczna "rebelia" skierowana przeciwko Apple. Prym wiodą "wpływowi" blogerzy, którzy chcą na tym zbić interes i zwiększyć CPC na swoich blogach. Miałem to przeczekać, ale ponieważ przecieki tej zadymy docierają do polskiej blogosfery, pozwolę sobie napisać co o tym myślę.
Najgłupszym artykułem jaki ostatnio przeczytałem na temat Apple jest chyba wpis pt. "Apple: Secrecy Does Not Scale", którego autorem jest Anil Dash. Zaczynam od tego właśnie "dzieła", bo są to typowe popłuczyny wymęczone przez popularnego blogera stroszącego pióra przed innymi blogerami. Jak sam autor wyjaśnia na swoim blogu, od 1999 roku pisze o tym jak powstaje kultura. Co do tego ma Apple? Oj, wszystko można podpiąć pod wszystko... trzeba się tylko postarać.
Anil próbuje przekonać czytelnika o tym, że utrzymywanie w tajemnicy informacji nt. swoich produktów, usług i decyzji kosztuje Apple zbyt wiele. Zdaniem autora Apple powinno to zmienić i odrzucić swoje podejście do tajemnic biznesowych na rzecz większej otwartości. Przytacza potem trzy przykłady na to jak Apple, przez ścisłe pilnowanie swoich tajemnic niszczy podstawy swojego biznesu i że tak "nie da się dalej funkcjonować z moralnego i etycznego punktu widzenia":
Samobójcza śmierć pracownika firmy Foxconn, producenta dużej części produktów Apple, w tym tak bardzo uwielbianego iPhone'a. Nieszczęśnik ów miał się rzucić z okna po tym jak został brutalnie potraktowany przez pracowników działu bezpieczeństwa firmy Foxconn, którzy mieli go bezprawnie przesłuchiwać i przeszukać jego mieszkanie po tym jak zgłosił zaginięcie jednego z prototypów nowego produktu firmy Apple w kilka dni po ich nadaniu do Cupertino.
Odrzucenie aplikacji Google Voice z iTunes App Store bez wyjaśnienia o co poszło oraz bez możliwości złożenia apelacji.
Odrzucenie aplikacji kompatybilnych z Google Voice z iTunes App Store.
Pozwólcie, że odniosę się do tych trzech przykładów:
Apple nie każde nikomu nikogo torturować ani mordować, więc oskarżenia o to, że "osławiona kultura tajemnicy Apple" doprowadza ludzi do samobójstw są niepoważne. Równie dobrze można byłoby stwierdzić, że zachodni system bankowy ze swoją tajemnicą bankową jest zbrodniczym syndykatem, bo doprowadził do śmierci kilkunastu bankowców po krachu z jesieni 2008.
Nie umniejszając wagi tragedii jaką jest samobójstwo młodego pracownika Foxconn'a, nie pasuje mi w całej historii jeden puzelek---jak to się stało, że z odebranych z linii produkcyjnej 16 urządzeń jedno ginie i dopiero po kilku dniach osoba odpowiedzialna za wysyłkę zauważa brak jednego z nich? Fabryka Foxconn'a mieści się w zwartym kompleksie, którego nie trzeba opuszczać aby przenieść paczkę z linii produkcyjnej do biura a potem do biura wysyłki. Jeden iPhone to naprawdę nie jest igła w stogu siana. Nie usprawiedliwia to oczywiście przeszukiwania mieszkania pracownika bez udziału policji, ale nie jestem przekonany, że wywierano na nim presję czy kierowano pod jego adresem groźby karalne.
Być może okazało się, że chłopak pracował dla konkurencji, z którą "podzielił się" jednym z prototypów. Jego szef mógł mu powiedzieć nawet tylko tyle, że jeżeli Foxconn straci przez to kontrakt z Apple, to tysiące pracowników pójdą przez to na bruk. I co mają wtedy zrobić? Blogować? Chłopak prawdopodobnie zdał sobie z tego sprawę i to mogło popchnąć go do skoku z okna. Czy naprawdę Apple jest za to odpowiedzialne? Czy winien jest Foxconn? Ile takich rozmów z bęcwałami, którzy niweczą starannie przygotowane plany biznesowe odbywa się w USA, Kanadzie czy Europie? Jasne, że większość z nich nie skacze potem z okna, ale też nikt w Chinach nie skacze z tego powodu z okna co tydzień.
Odrzucenie aplikacji Google Voice jest prawdopodobnie spowodowane tym, że replikuje ona funkcję rozpoznawania mowy, która jest obecna w iPhone OS 3.0 a takie duplikowanie funkcjonalności jest sprzeczne z umową zawieraną z Apple w ramach programu developerskiego. To wyjaśniałoby dlaczego Apple nie usunęło ze sklepu programu Skype. Apple na pewno nie przyspożyło sobie tą decyzją przyjaciół wśród użytkowników, dla których dostępność Google Voice może być powodem do zmiany platformy z iPhone OS na Android. To trudna decyzja, być może zła, ale myślę, że wszystko wyjaśni się już wkrótce. Sprawą zajęło się FCC, co zmusi Apple do szybkiego złożenia wyjaśnień. Sensacji nie oczekuję. Poza tym, Google i Apple od jakiegoś czasu konkurują ze sobą na rynku smartfonów, a za kilka tygodni konkurencja ta zacznie być wyraźnie widoczna i komentowana w popularnych mediach. Stawiam dobre lody od Grycana na to, że odpowiedzią Google będzie wprowadzenie funkcji multi-touch w systemie Android.
Zadyma przy okazji usunięcia Google Voice z Apple iTunes App Store jest oczywiście okazją do zwiększenia oglądalności stron blogów np. Michael'a Arrington'a, który chce za wszelką cenę rozdawać karty w Silicon Valley. Podobnie jak autorzy artykułów, komentarzy i książek nt. inwestowania na giełdzie, dobrze wie, że łatwiej jest zarabiać pisząc o tym i organizując konferencje niż samemu inwestować własne pieniądze. Po co spać po kilka nocy z rzędu walcząc kodem, brakiem pieniędzy, rozpadającym się życiem prywatnym i żebraniem o kapitał u wszechmocnych VC, którzy potem zwykle w zamian za zainwestowane pieniądze wyrzucają założycieli na bruk? Arrington zna to zbyt dobrze, więc uwił sobie ciepłe gniazdko jako komentator. Teraz, po "skandalu" z Google Voice ostentacyjnie roztrzaskał i porzucił swojego iPhone'a, przeszedł do obozu Android'a, ale na wszelki wypadek zostawił sobie iPod Touch'a. Konsekwencja godna podziwu... aha, i jeszcze jedno--Arrington ma zamiar produkować CrunchPad, czyli tablet, którym chce coś udowodnić Apple... nie ma w tym żadnego konfliktu interesów, nieprawdaż?
Wycofanie aplikacji kompatybilnych z Google Voice zostało przez Apple spartaczone. Nie rozumiem dlaczego mali developerzy mają za to płacić skoro ich aplikacje zostały dopuszczone do sprzedaży? Z tego Apple będzie musiało się tłumaczyć. Z tego oraz wielu innych, wcześniejszych powodów sam zdecydowałem już w kwietniu, że nasze aplikacje będą dostępne na dwóch platformach: Apple iPhone OS oraz Google Android. Tak na wszelki wypadek.
Wracając do tego, co napisał Anil i jego obsesji z "tajemnicami Apple" to owe "tajemnice" są cześcią kreowania przez Apple swojego wizerunku. Czy pracownicy AMD albo Intela opowiadają o tym nad czym pracują każdemu kto o to zapyta? Apple korzysta na tworzeniu sztucznej atmosfery tajemnoczości, bo to pozwala im zdobyć nieproporcjonalnie dużą do ich udziałów rynkowych część uwagi konsumentów. To jest po prostu mądra gra według zasad "attention economy", tak bardzo hołubionej wśród blogerów. Podejrzewam, że w całym tym narzekaniu chodzi o to, że Apple nie traktuje blogerów w jakiś szczególny sposób jak to robi np. Nokia, która niewiele z tego ma, bo i tak blogerzy piszą w większości o tym jaki świetny/marny jest iPhone.
Apple to zwyczajna firma podlegająca prostemu równaniu:
przychód - koszt = zysk
Ponieważ Apple nie produkuje pecetów i ma dość mały udział w rynku komputerów osobistych, aby przetrwać ma dwa wyjścia:
produkcja sprzętu niszowego, zaawansowanego technologicznie i bardzo drogiego --- model stosowany m.in przez OQO.
produkcja sprzętu nieco bardziej zaawansowanego technologicznie niż oferta reszty producentów, w większości bez ekstrawagancji, ale na tyle różnego by trudno było podważyć jego przewagę; skupienie uwagi na jakości, niezawodności, nowoczesnym wyglądzie, ergonomii oraz tworzeniu dobrego wrażenia z kontaktu od pierwszej chwili; oferowanie produktu gotowego do pracy po wyjęciu z pudełka, zawsze dostarczanego z innowacyjnym, przyjaznym w użytkowaniu oprogramowaniem.
Jak pokazuje przykład bankrutującego OQO (założonego przez byłych inżynierów Apple), pierwszy model jest receptą na niepowodzenie. Pozostaje drugi, który wymaga olbrzymiego nakładu sił i środków na badania, projekty i marketing oraz utrzymania wielu rzeczy w tajemnicy. Nie mam z tym problemu, bo utrzymywanie spraw w tajemnicy to norma w biznesie IT. Apple nie jest pod tym względem bardziej agresywne niż inne firmy. Spróbujcie dowiedzieć się konkretów na temat następnego systemu operacyjnego Microsoftu albo szczegółów implementacji ACPI na laptopach ASUS-a. Życzę powodzenia.
Czy Apple jest rzeczywiście złe? Gorsze od innych? To bzdura. Apple popełnia błędy, ale nie angażuje się np. w działalność mającą na celu trudny do zaakceptowania poziom naruszania naszej prywatności. Owszem, ma swoje grzeszki, zdarza się im kopiować pomysły innych i alienować tym developerów, podobnie jak Microsoft oraz inni wielcy gracze na rynku IT. Podam kilka przykładów:
Microsoft przez wiele lat kupował firmy, które potem zamykał albo, delikatnie mówiąc, zaskakiwał swoją interpretacją kontraktów.
IBM otworzył parę lat temu w Indiach laboratoria, w których z daleka od grup walczących o ochronę prywatności tworzy budzące wątpliwości natury moralnej technologie, które pozwalają np. na analizę sieci kontaktów klientów sieci telekomunikacyjnych i dostosowanie oferty do tej specyficznej grupy. Czy naprawdę chcemy aby korporacje miały wgląd w to z kim rozmawiamy i na tej podstawie oceniały ile można na nas zarobić oraz jakie oferty można nam przedstawić? Gdzie są te moralne autorytety z blogosfery, które powinny o to pytać?
IBM, Nokia/Siemes sprzedają sprzęt i oprogramowanie do tzw. deep packet inspection, czyli analizy zawartości pakietów TCP/IP. To nic innego jak narzędzie do masowej, zautomatyzowanej inwigilacji. Sprawa wydała się przy okazji zamieszania po wyborach w Iranie, bo okazało się, że ten sprzęt jest wykorzystywany przez irańskie władze do podsłuchiwania opozycji. Jakoś nikt nie zapytał o to, do czego jest wykorzystywany przez klientów Nokia/Siemens w ponad 150 innych krajach?
Gdzie są blogerzy, który zadaliby pytania o to, nad czym pracuje w swoich chińskich laboratoriach Microsoft? Kilka lat temu firma otworzyła w Chinach laboratoria, w których prowadzi badania nad technologiami profilowania użytkowników Internetu. Dlaczego tam, a nie w USA czy w Europie, gdzie możnaby je kontrolować?
No i wreszcie najbardziej święci ze świętych---bogowie Open Source i ich wyznawcy, którzy nie mają problemów z dołączaniem do Linux'a tzw. blob'ów czyli kodu zamkniętego. Wolność wolnością, ale wifi musi być, co nie?
Drodzy moralizatorzy! Odpieprzcie się od Apple i zacznijcie zadawać pytania o sprawy ważne, o to dokąd prowadzi rozwój technologii oraz nowe prawa tak mocno ograniczające wolność jednostki, które są wprowadzane na świecie.
Na koniec przytoczę prawdziwą historię dotyczącą otwartości w biznesie.
Chris Anderson, autor książek pt. "Long Tail" i "Free" (Darmocha), kolejny "wpływowy" bloger, założył mały biznesik produkujący zestawy do samodzielnego montażu na podstawie otwartej dokumentacji. Znów, zero konfliku interesów i fakt, że pisze dla niezwykle popularnego magazynu Wired nie ma oczywiście żadnego wpływu na powodzenie biznesu. Biznes ma być ekstremalnie otwarty, więc Anderson ujawnił nawet wysokość narzutu (40%), ale jak sam się przyznał jest to narzut oficjalny, bo ten nieoficjalny jest tajemnicą ponieważ kupując części hurtem dostaje dobry upust... Przemyślenie tego faktu pozostawiam wszystkim postulującym totalną otwartość w biznesie...
Zmiany w Yahoo! nie mają nic wspólnego z innowacją, Web 2.0 czy innymi nieco zużytymi nazwami. Chodzi o pieniądze. Carol Bartz, nowa CEO Yahoo! to osoba, która potrafi naprawiać firmy i maksymalizować tzw. shareholder value. Mówiąc krótko, tnie koszty, zamyka nierentowne projekty, zwalnia ludzi i sprzedaje po najwyższej cenie co się da. Układa się z diabłem, po to tylko by wycisnąć maksymalnie dużo z tego, co jeszcze zostało w firmie wartościowego. Jej celem jest zapewnienie posiadaczom akcji Yahoo! jak najwyższego zwrotu z tej inwestycji. Ostatnia umowa z Microsoftem to kolejny taki ruch. Obie firmy są zdesperowane, bo przestały rozumieć Internet (z wzajemnością). Zwycięzcą będzie raczej Microsoft, ale być może przy okazji z Yahoo! da się jeszcze coś wycisnąć. Pani Bartz jest znana z tego, że doprowadziła do porządku finanse firmy Autodesk.
Czy Yahoo! będzie jej kolejnym spektakularnym sukcesem? Nie jestem o tym przekonany. Yahoo! trzeba było sprzedać Microsoftowi kiedy ten chciał go kupić po niebotycznie wysokiej cenie. Teraz będzie o to trudno, bo chociaż ciagle jest to najbardziej popularny w wielu kategoriach serwis WWW, to jego wartosć szybko maleje. Drugi powód do powątpiewania to doświadczenie pani Bartz. Uratowała Autodesk, ale Yahoo! to dopiero druga firma, w której musi zmierzyć się z tak poważnymi problemami. Oby powiedzenie "once you're lucky, twice you're good" nie stało się dla niej niewygodnym refrenem.
Cokolwiek się stanie, nie oczekiwałbym przez najbliższe lata po Yahoo! innowacji. Szkoda, bo mieli (i mają) mnóstwo ciekawej technologii i serwisów WWW. Wszelkie decyzje będą podporządkowane maksymalizowaniu wartości Yahoo! tak aby dobrze się prezentowało na Wall Street. Być może jest to też przedsprzedażowe porządkowanie firmy. Kupić ją może w końcu Microsoft, ale też nie wykluczałbym Oracle. Na pewno bardzo chciałby ją kupić Google, bo Yahoo! jest właścicielem kilku patentów dotyczących AdSense. Gdyby Microsoft stał się ich właścicielem byłaby to bardzo interesująca sytuacja.
P.S. Póki jeszcze masz czas, ściągnij swoje zdjęcia z serwisu Flickr. Na wszelki wypadek.
W ubiegłym tygodniu stało się coś, czego jeszcze niedawno nie spodziewaliśmy się w najśmielszych marzeniach. Wartość giełdowa spółki Apple (AAPL) przekroczyła wartość spółki Google (GOOG). Analitycy i komentatorzy uważają, że to chwilowe zamieszanie na rynku. Ja pozwolę sobie mieć odrębne zdanie. Nie będzie to jednak pean na cześć Apple. Raczej moje przemyślenia na temat magicznego pola zniekształcającego rzeczywistość, które Google gdzieś zagubiło i nie potrafi odnaleźć.
Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie o to, co robi Google? Czym jest Google? Wyszukiwarką internetową? Dostawcą darmowych kont pocztowych? A może przystanią dla brodatych wyznawców Open Source? Jeżeli odpowiedziałeś(aś) twierdząco na chociaż jedno z tych pytań jesteś w błedzie.
Kiedy spojrzymy na sprawozdanie finansowe Google, dowiemy się że jest to firma sprzedająca reklamy. Wszystko co poza tym robi Google służy tylko i wyłącznie do opracowania lepszych metod bombardowania nas reklamami, nawet jeśli sponsorowane projekty nie są bezpośrednio związane z reklamą. Dlatego właśnie Google kupiło YouTube i (przynajmniej na razie) nie narzeka na wysokie koszty utrzymania tego śmietnika klipów wideo. Cokolwiek przyciąga wzrok internautów jest dla Google potencjalnym nośnikiem reklam. Nawet dla spamowatych parking pages Google ma ofertę w ramach programu AdSense...
Nie zrozum mnie źle, sprzedaż reklam to nie jest zły biznes, zwłaszcza wtedy, gdy zautomatyzujemy ten proces, ale nawet Google nie jest odporne na ogólnoświatową sytuację ekonomiczną. Kiedy pada ekonomia, reklamodawcy ograniczają budżety. Także branża IT ma się kiepsko. Musi to zatem odczuć i Google, więc wyniki finansowe spółki nie są już tak spektakularne jak dotąd.
Tylko czym wytłumaczyć fakt, że Apple ogłasza najlepsze wyniki finansowe w kwartale nieświątecznym? Przecież to Google jest firmą o największej koncentracji ludzi z najwyższym poziomem IQ na metr kwadratowy powierzchni biurowej? Coś tu nie gra. I to od dawna. Bo co to za geniusze, skoro poza AdSense/AdWords, Google nie ma innych znaczących źródeł przychodów? Owszem, to jest bardzo fajny biznes, ale czy tego oczekujemy od pracujących dla Google najlepszych umysłów z branży?
Google ma problem. Ten problem to właśnie tysiące błyskotliwych programistów, którzy tworzą rzeczy genialne, ale niesprzedawalne na masową skalę. Google to fabryka trybów, przekładni i zębatek. Tymczasem świat woli kupować gotowe do jazdy rowery. W tym właśnie tkwi problem Google. Ta firma nie ma jasno sprecyzowanej oferty poza sprzedażą reklam. Klienci enterprise nie chcą przesiadać się na platformę Google, bo Google nie ma dla nich szczególnie interesującej propozycji poza algorytmem wyszukiwania. Konsumenci cieszą się z darmowych konto email i wyszukiwarki, ale potrafią też ignorować reklamy. Dla nich też Google nie ma produktu, za który byliby gotowi zapłacić.
Przy całym swoim potencjale umysłowym, geniusze z Google nie potrafili wymyślić przeboju na miarę iPhone'a, netbooka (ten rynek wymyślił i pomógł rozwinąć Microsoft, który jak zwykle nie wie co z tym zrobić i chce zadusić dziecię w kołysce) ani nawet sposobu na zarabianie na RSS (kupili Feedburner'a i nie wiedzą co z nim zrobić) bo to nie jest w ich DNA. Nie potrafią konkurować z Twitterem chociaż kupili Jaiku. Nie robią nic z XMPP (Jabber), chociaż za chwilę zobaczymy wielki renesans tej technologii. Przykłady można mnożyć.
Pierwszy komercyjny produkt dla konsumenta też się Google nie udał. Mam na myśli smartfony z systemem Android. Google podszedł do tego projektu tak, jak do innych, udostępniając kod źródłowy na zasadach Open Source, udostępnił narzędzia do pisania aplikacji, emulator i dokumentację za darmo, stworzył też Android Market, który jest odpowiednikiem Apple iTunes App Store. Sfinansował projekt a zapewne też produkcję telefonu HTC G1 i... to wszystko za mało. Klienci kupili co prawda ponad milion telefonów G1 na całym świecie, ale G1 nie ma statusu kultowego podobnego do iPhone'a. Co więcej, Google powiela zły model Windows Mobile, który doprowadził do zalania świata brzydkimi palmtopami i smartfonami, na których Microsoft nie zarabia tyle co Apple na swoim iPhone.
Na dodatek zarząd Google zaczyna zdradzać oznaki frustracji sukcesem Apple iTunes App Store. Bo jak inaczej odczytać sprzeczne sygnały dochodzące z centrali w Mountain View? W maju organizują konferencję Google I/O, na której pokazują kolejny genialny produkt (Google Wave) i rozdają telefony Google G1 a w lipcu słyszymy, że model App Store nie ma przyszłości? Co zatem z Google Adroid Market? Czy to jest sposób na pozyskanie zaufania developerów? Dla mnie jest to sygnał wewnętrznej walki starego z nowym wewnątrz Google. Firma właśnie zaczyna przekonywać się na własnej skórze jak trudno jest zmienić sposób myślenia o sobie kiedy nie jest się liderem a giełdy zaczynają zadawać pytania o pieniądze.
Nawyraźniej Google nie potrafi sprzedawać tego co wymyśla. Zgromadzili tysiące mądrych ludzi i nie potrafią sprzedać ich wynalazków. Gdzie ci geniusze? Są, brakuje tylko geniuszy sprzedaży.
Google to firma, w której pracowali i pracują jedni z najlepszych specjalistów od "badań podstawowych". Zaufałbym im gdyby powiedzieli mi, że potrafią zaprojektować i zbudować najbardziej wydajne sieci komputerowe i centra przetwarzania danych, ale nie pozwoliłbym im zaprojektować gadżetów dla zwykłego użytkownika. Przykład Linuksa jest najlepszym dowodem na to, że tysiące genialnych programistów nie są w stanie stworzyć systemu, który daje komfort pracy do jakiego przyzwyczaił nas Apple Mac OS / Mac OS X czy nawet Microsoft Windows.
GOOG będzie musiał niedługo zmierzyć się z tym samym problemem co Microsoft, czyli zalewem miernot zajmujących miejsca po prawdziwych geniuszach. Doprowadzą do tego księgowi, którzy zostaną wezwani na dywanik przez CFO, który dobrze wie, że bawiący się w sikanie na odległość chłopcy z Wall Street (śmietanka światowych finansów) kochają przewidywalne, pozytywne wyniki finansowe. Nie cierpią eksperymentów, na które wydanie pieniędzy przyniesie być może zwrot za kilka lat, a może nawet zarobi na tym konkurencja.
Wydaje się, że w Google brakuje ludzi biznesu z wizją. Geniusze niczego nie wymyślą, jeżeli nie stoi nad nimi przywódca z wizją. O tym jaki jest na co dzień Steve Jobs krążą legendy, ale z drugiej strony ten (podobno) trudny do zniesienia człowiek udowodnił wielokrotnie, że jest w stanie zmienić świat, w którym żyjemy.
Tak jak w skeczu Monty Python'a, nad geniuszem musi stanąć czasem papież i powiedzieć co ma być na obrazie, bo tylko wtedy geniusz w narzuconych mu ograniczneniach jest w stanie stworzyć arcydzieło. Jeżeli tak się nie dzieje, dostajemy "Ostatnią wieczerzę" z kangurami, trzema Zbawicielami i cyrkowcami na trampolinie. Czyli coś jak pomysły Google na biznes.